biala.jpg

biala.jpg

Kocie opowieści

Miaulinki znalazły się pewnego lipcowego wieczora, kiedy postanowiłam naprawić dach stodoły. Był upał i robotnicy zaczęli pracować dopiero wieczorem.
- Pani zobaczy, co tu jest! zawołał któryś.
I rzeczywiście było. Dwa puchatki, mieszczące się w jednej babskiej ręce. W dodatku zupełnie dzikie i wcale nie chciały siedzieć w tej ręce. Jeść chciały i nauczyły się w ciągu jednego dnia. Tak samo używać kuwety.

Nie wiem, czy ich matka zginęła, czy po prostu straciła pokarm i porzuciła dzieciaki. Wynoszenie maluchów do stodoły nic nie dało. Kociaki wracały pod dom, a żadna kotowa nie pojawiła się w pobliżu. W ciągu dwóch dni adoptowały mnie na mamę - popiskiwały na powitanie, domagały się pieszczot i... wspinały po mojej nodze na bardzo ostrych wysokogórskich rakach. Moje początkowe obawy, że są za małe, żeby przeżyć okazały się wręcz śmieszne. Miaulinki rosły błyskawicznie i były bardzo samodzielne. Szczególnie Biała - beztrosko pakowała się w kłopoty a potem wołała o pomoc. Szarsza była bardziej nieufna - właziła jako druga, a koło psa nie przeszła nawet jako druga. Z początku usiłowały ssać Pafcia, na co ten reagował oburzonym syczeniem, ale dość szybko zrozumiały, że tej jednej funkcji mamy kot nie spełni.

A potem było smołowanie naprawionych dachów. I wszystko co się rusza (łącznie ze mną i kilkoma gośćmi, którzy akurat wtedy mieli nieszczęście złożyć mi wizytę) wlazło w smołę. I najgrzeczniej dały się wyszorować właśnie Miauleństwa. Zniosły to ze stoickim wręcz spokojem. Dużo lepiej niż niektóre duże, łyse koty na dwóch łapach ...

Do swojego opiekuna trafiły właściwie jako prezent ślubny. O ile dobrze pamiętam zaproponowałam mu je właśnie na wiadomość o ślubie... Już dawno przestały być Miauleństwami. Są raczej Bardzo Dużymi Kotami. Mam nadzieje, ze nie pamiętają samotnego oczekiwania w stodole na kocią mamę...


Maszna, 3 lipca 1999r.
Krystyna

Urodzona około czerwca 1998 roku. Razem z siostrą (Szarszą) uratowane i odkarmione przez Krystynę.

Do nas trafiły w wieku około 3 miesięcy. Biała szybko się zadomowiła. Na początku z siostrą dużo się biły, ale zawsze spały razem.


W listopadzie 2001 nic nie zapowiadało choroby Białej. W każdym razie nic nie zauważyliśmy. Cztery koty w domu, trudno dostrzec brak apetytu czy zwiększone pragnienie.

Biała trochę więcej przychodziła się przytulać, troszkę pomiaukiwała. Ale nie wyglądało, że jest chora. Potem zaczęła tracić na wadze, zrobiła się osowiała. Nie zauważyliśmy tego na czas. Zmiana zbiegła się ze wymianą karmy, nie podejrzewaliśmy choroby. Dopiero gdy utrata wagi była bardzo widoczna zrobiliśmy Białej badanie krwi.

Wynik był przerażający. Mocznik ponad 400, kreatynina okolo 6. Diagnoza - uszkodzenie nerek, choroba bardzo zaawansowana. Kot pił już mało, organizm był bardzo zatruty. Nadmiar mocznika przytępiał kota, zmieniał smak. Uszkodzone nerki nie filtrowały już krwi, przepuszczały białko. Kot stracił niemal połowę wagi. Z 6 kg silnego kota został 3.5 kilogramowy szkielecik. Lekarze patrzyli na nią ze współczuciem, nie dając nam wiele nadziei.

Trafiliśmy do dobrych weterynarzy. Zaczęły się badania i codzienne kroplówki. Badania miały znaleźć przyczynę uszkodzenia nerek. Kroplówki doraźnie czyściły organizm. Przy CRFie kroplówki i środki moczopędne są zresztą głównym lekarstwem, już do końca.

Badania nic nie wykryły. Wykluczono białaczkę, FIV i podobne, stanu zapalnego nie stwierdzono. Obmacywanie kota nic nie pokazywało, USG nie chcieliśmy (niewiele pomoże, a spory stres). Poprzestano na stwierdzeniu, że przyczyną mógł być przewlekły stan zapalny, nie wykryty. Zapewne częste badanie moczu pozwoliłoby wykryć problem na czas. Badanie krwi dałoby szansę na wyłapanie CRFu na wcześniejszym stadium. Teraz już to wiemy...

Przez kilka tygodni Biała dostawała kroplówki codziennie. Podskórne z soli fizjologicznej. Najpierw w gabinecie lekarza, potem u nas w domu, gdy nauczyliśmy się tej sztuki. Mocznik zaczął spadać, w styczniu 2002 udało się uzyskać poziom akceptowalny u kota w podobnym stanie - mocznik około 100, kreatynina ponad 2.

Nie udało się uzyskać lepszego wyniku. Nie udało się przerwać kroplówek i poprzestać na środkach moczopędnych. Próby kończyły się szybkim wzrostem zanieczyszczenia krwi.

Ponieważ zanieczyszczona krew przyspiesza dalsze uszkodzenia nerek, staramy się utrzymać jak najniższy poziom mocznika. Nerki sie nie regenerują. Biała dostaje co 2 dni kroplówki z soli, około 150 ml.

Podawanie kroplówki wygląda tak: biała jest układana w wygodnym korytku (spodzie od klatki z kocykiem), delikatnie trzymana za kark. Sprzęt (pojemnik z solą - w zimie lekko ogrzany, żeby nie był zimny; rurka; igła) jest przygotowany wcześniej. Jedna osoba wkłuwa igłę z rurką w bok kota, pod skórę. Druga asekuruje i głaszcze. Biała - zazwyczaj mruczy. Czasem się niecierpliwi, bo na końcu czeka przysmak. Jeśli wkłucie jest dobre, to cała operacja trwa kilka (pewnie do dziesięciu) minut.

Waga Białej wzrosła ze styczniowego 3.6 kg, przez 4 kg w kwietniu, 5 w lipcu, do pierwotnego 5.5 około września 2002. Na początku było dużo biegania za kotem i proszenia, żeby zjadł jeszcze łyżeczkę. Teraz jedzenie chowamy, Biała jest takim żarłokiem jak kiedyś, gdy była zdrowa.

Dieta - niskofosforowa, niskobiałkowa. Teraz głównie suchy Hills k/d. Biała nie lubi puszek, jedzenia gotowanego - i juz chyba się jej nawyków nie zmieni.


Robert
Styczeń 2003

- - - Index - - -
sponsor strony